czwartek, 6 kwietnia 2017

Coraz bliżej święta... znowu

Krzyczące reklamy te z telewizora i radia nie dadzą zapomnieć, że święta zbliżają się wielkimi krokami. Szybciej można zapomnieć co się oglądało w przerwach reklamowych niż o tym, że wkrótce religia zakupów będzie miała swoje wiosenne apogeum.
 
Z okien wystawowych uśmiechają się do nas króliczki, kurki i inne pierdoły. Preludium świątecznego szału. Zaraz pójdą w ruch odkurzacze, trzepaczki raczej nie, bo trzepak to już święty Graal. Zresztą dzisiejsze pokolenie nawet nie wie do czego takie urządzenie było przydatne.
 
 
I te okna. Brudne przez cały rok. I teraz nadarza się okazja, by pokazać sąsiadom jakie z nas czyściochy. Czyszczenie okien to już nie taka zabawa jak kiedyś. Szybko i bezboleśnie umyć okna karcherem, albo wynająć panią ze śpiewnym akcentem, za odpowiednią opłatą, wypucuje i wychucha. 

Wiadomo, że na samym sprzątaniu się nie kończy. Trzeba jeszcze zadbać o jadło. Każdy ma swoje ulubione, które w pocie czoła szykuje ku uciesze innych. Jako dziecko uwielbiałam jajka. Niby zwykłe jajko ugotowane na twardo, a jednak smakowało zupełnie inaczej. Mało tego, skorupki były w różnych kolorach, więc wybór był trudny:) Nie przechodziłam obojętnie obok słodkości, a do tych zaliczam między innymi babkę drożdżową.

Przy zapachu świeżo upieczonej babie, przenoszę się w świat dzieciństwa. Idziecie ze mną?:)
 
 
BABKA DROŻDŻOWA Z MAKIEM
składniki:
  1. 3 szklanki mąki pszennej
  2. 100g cukru pudru
  3. 100g masła
  4. 1 łyżka aromatu waniliowego
  5. 1/2 łyżeczki soli
  6. 1 szklanka mleka
  7. 30g świeżych drożdży
  8. masa makowa w puszce
  9. 2 żółtka
wykonanie:
Masło rozpuścić i ostudzić. Drożdże wymieszać z 1 łyżką cukru, dodać ciepłe (nie gorące) mleko i 2 łyżki mąki. Wymieszać, przykryć ściereczką i odstawić do wyrośnięcia. Kiedy rozczyn będzie już gotowy dodać żółtka, aromat i sól. Wymieszać. Następnie dodać przesianą mąkę i cukier. Wyrabiać ok. 5 minut. Następnie dodać masło i wyrabiać do momentu, aż ciasto będzie odchodzić od ręki. Przykryć ściereczką i odstawić do wyrośnięcia. Ciasto musi podwoić objętość.  Wyrośnięte ciasto wyłożyć na stolnicę i rozwałkować w prostokąt. Następnie rozsmarować na nim masę makową (ilość według własnego uznania). Tak przygotowane ciasto zwinąć w rulon jak roladę i włożyć do przygotowanej formy (wcześniej wysmarowanej masłem) do babki z kominkiem. Przykryć ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce na ok. 15 minut. Ciasto wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 st. C i piec 40-45 minut.Po upieczeniu ostudzić na kratce. Można posypać cukrem pudrem lub polać polewą. którą najbardziej lubimy. Ciasto dzięki dodatkowi maku jest wilgotne.



niedziela, 26 marca 2017

Wpis niesponsorowany

Fajnie jest wejść do kuchni i zaszaleć. Czasem czymś się zainspirować. Podpatrzeć coś. Albo zrobić remiks :) Pomysł całkowicie z powietrza (czyt. co znajdziesz w lodówce). I voilà mamy jedzenie, danie, przekąskę, sałatkę, napój... co tam sobie człowiek wykoncypuje.

Jednak czasem styknie przepis z książki. Prosty, nieskomplikowany przepis.
Jak co roku, o tej porze pojawia się nikczemnik. No po prostu złodziej. Bierze sobie godzinę i ślad po nim znika. Aż do zimy. Może Dr Who się pojawia dźga go sonicznym wkrętakiem i nikczemnik oddaję godzinę.

Jednak nim godzina wróci na swoje miejsce, twórczość śpi w najlepsze, a wiosna już. Skąd wziąć energię? Z prostego przepisu. I nie jest to przepis na kawę.



KOKTAJL Z MARCHWI, IMBIRU, CYTRYNY I JABŁKA

składniki:
  1. 3 marchewki
  2. 2 jabłka
  3. 1 cytryna
  4. 2 cm świeżego imbiru.
wykonanie:
Marchew i jabłka umyć, obrać. Z jabłek usunąć gnazda nasienne. Za pomocą sokowirówki wycisnąc z nich sok. Imbir obrać i zetrzeć na tarce o małych oczkach. Cytrynę umyć i wycisnąć z niej sok. Wszystkie składniki wymieszać i przelać do szkalnek. Koktajl podawać bezpośrednio po przyrządzeniu. 

Wpływa korzystnie na układ odpornościowy.




źródło: "Wiosenny detoks"


niedziela, 19 marca 2017

Paczę, a tu chleba brak

Paczę z niedowierzaniem, a tu nima chleba na jutrzejsze śniadanie! Za leniwa jestem, żeby gnać o piątej rano po świeżo wypieczone bułeczki. Zakasałam rękawy i upiekłam chleb.
No... i nie muszę się zrywać skoro świt ;)


CHLEB BIAŁY
składniki:
  1. 500g mąki chlebowej bezglutenowej
  2. ok. 440 ml ciepłej wody (ok. 30 st C)
  3. 2 łyżki oliwy z oliwek
  4. 7g drożdży instant
  5. 20g cukru
  6. 5g soli morskiej
wykonanie:
Wszystkie składniki umieścić w misce i dokładnie wymieszać. Oczywiście można sobie pomóc mikserem. Wyrabiać ok. 5 minut. Następnie gotowe ciasto przełożyć do wysmarowanej oliwą i posypanej płatkami jaglanymi formy, przykryć ściereczką i pozostawić ok. 45 minut, aby ciasto podwoiło objętość. Piekarnik nagrzać do 220 st C . Wierzch chleba przed wystawieniem do piekarnika posmarować wodą. Piec 40 - 45 minut. Upieczony chleb wyjąć z formy i studzić na kratce.

niedziela, 12 marca 2017

Koniec weekendu





Weekend, na który zawsze czekam z utęsknieniem przeleciał bardzo leniwie. W sobotę, po śniadaniu, miałam sporo werwy i pomysłów na spędzenie dnia. Jednak spojrzałam na wyrko. Wyglądało tak kusząco i zachęcająco , że  wpakowałam się tam z powrotem. Ogarnęło mnie błogie lenistwo. Postanowiłam zostać w domu. I tak trochę sprzątając i wykonując inne domowe prace sobota odeszła w zapomnienie. Dzisiaj postanowiłam wyściubić jednak nos poza dom. Aby się zmobilizować do wyjścia zarezerwowałam nawet bilety do kina. No ale… rezerwacja nie opłacona, więc nie ma bata nad głową, że koniecznie trzeba tam pójść :) W zawiązku z tym do kina też nie dotarłam. Za to wyszłam na spacer. I tu zaczynają się schody. Niby duże miasto, a nie ma gdzie pójść. No bo ile można łazić na Stare Miasto, zaliczać Łazienki czy inne parki (nawet te, do których dojazd zajmuje więcej niż godzinę). Poza tym pogoda marna, dość chłodno, wilgotno i w ogóle. Po kilkunastu kilometrach chciałam napić się czegoś ciepłego i kawa byłaby na miejscu.  A tu niespodzianka, bo gdzie nie zajrzałam (Starbaks, Grin coś tam), to wypchane po brzegi. Siedzą tam ludziska z komputerami, telefonami i tabletami w ręku. Tylu ludzi wokół a tu zombi zatopione w cyfrowy  świat, nie mi osądzać. Dojrzałam w końcu Kostę. Fajnie myślę sobie, w końcu uda mi się ogrzać wychłodzony organizm. A tu zawód. Zamknięte!!!  Cóż, biurowce zamknięte to kawy też nie serwują. Miałam do wyboru, pójść do jakiegoś centrum handlowego albo… zalegnąć w fotelu z książką i z własnoręcznie zrobioną latte.

*pisownia nazw własnych celowa


sobota, 4 marca 2017

Czekaj, robię szarlotkę



Czekanie. Lubicie to? Niezależnie czy czeka się na coś miłego czy nie. Są co prawda ludzie, którzy uwielbiają czekać. Tylko czy czekanie ma jeden wymiar?

Nie cierpię czekać, kiedy się umówię z niesłownymi osobami. Takich delikwentów w zasadzie eliminuję ze swojej listy znajomych. Jeżeli ktoś nie szanuje naszego czasu, nie szanuje także nas. I nie ma dla mnie tłumaczenia „studencki” kwadrans”. Być może mam do tego takie podejście, bo sama mam pewną skazę, jestem punktualna. Niepunktualność drażni mnie, nie tylko u znajomych.

Miałam umówioną wizytę u lekarza. Tak dziwnie, bo lekarz przyjmował tylko od 9 do 12. Zmuszona byłam zwolnić się z pracy. Przybiegłam z jęzorem na wierzchu przed czasem. Szanowna pani doktor jeszcze nie zaszczyciła swoją obecnością przychodni. Nie byłam pierwsza w kolejce. Osoby zapisane przede mną wg harmonogramu mogły już brykać sobie po świecie, ale nie… musiały kwitnąć w zdechłozielonej poczekalni.

Po 15 minutach zapytałam „księżniczkę” w rejestracji czy pani doktor będzie dzisiaj przyjmować. Odpowiedź była bardzo rzeczowa, jak przyjdzie to będzie, proszę czekać. Niemal jak u Barei, choć tam rejestratorka odpowiedziałaby mi „niech się cieszy, że się zapisała”.

Po kolejnych dwóch kwadransach (dla mniej obytych z tarczą zegarka 30 minut) przybyła!  Jednak nie z zamiarem przyjmowania pacjentów, a z zamiarem pogadania z koleżanką. Wparowałam więc do gabinetu (i tu mnie przestrzegła oczekująca pacjentka, żebym nie denerwowała lekarki, bo jeszcze nas nie przyjmie) i zapytałam, czy ma zamiar wziąć się do pracy. Po moim jakże chamskim przerwaniu konwersacji natychmiast zostałam przyjęta. Nie powiem, żeby zapałała do mnie sympatią.

Jakie jeszcze czekanie jest emocjonujące?

Czekanie w kolejce w sklepie, w urzędzie czy gdziekolwiek indziej  bywa męczące i frustrujące, szczególnie jak zależy nam na czasie. Wydaje nam się, że jesteśmy załatwiani w żółwim tempie, choć nie zawsze tak jest.

Zupełnie inaczej natomiast podchodzę do czekania, kiedy przygotowuję posiłek. Wówczas moje stanowisko diametralnie się zmienia. Nie denerwuje mnie zupełnie nic. Czas oczekiwania jest wówczas nawet przyjemny. Bo czy nie cieszy, jak wyrobimy ciasto na chleb i czekamy, aż podwoi swoją objętość i podwaja:)  Super sprawa, bo wyszło. Albo pieczemy jakieś mięso i czekamy cierpliwie, a zapach wydobywający się z piekarnika przeświadcza nas w przekonaniu, że to czekanie zostanie uwieńczone dobrym żarłem. 

Czynność bierna – czekanie – może różna. Miłe, ekscytujące, denerwujące lub irytujące. Czasem warto poczekać… na świeżą szarlotkę ^^



SZARLOTKA 
składniki:

  1. 1 kg jabłek
  2. sok z cytryny.
  3. 1/2 szklanki cukry pudru
  4. 1 łyżeczka cukru waniliowego
  5. 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  6. kostka masła
  7. 1 jajko
  8. 3-4 łyżki jogurtu naturalnego (gęstego)
  9. 2 szklanki  mąki kukurydzianej

wykonanie:
Mąkę, cukier, proszek do pieczenia i cukier waniliowy posiekać z masłem. Następnie dodać jajko i jogurt i szybko wyrobić ciasto. Podzielić na pół, zawinąć w folię i włożyć na ok. 20 minut do lodówki. Jabłka obrać, cienko pokroić (najlepiej na szatkownicy). Polać sokiem z cytryny i wymieszać. Wyjąć ciasto z lodówki, jedną część rozwałkować i wyłożyć nim dno blachy do pieczenia (wyłożonej papierem do pieczenia). Nakłuć widelcem i wyłożyć na nie przygotowane jabłka. Rozwałkować drugą część ciasta, pociąć je na paski i ułożyć na jabłkach. Ciasto wstawić do nagrzanego piekarnika do 180 st. C i piec ok 40-45 minut.